...o książkach, filmach, komiksach i takich tam...
czwartek, 28 czerwca 2007
HB: T.Rogacki "Egipt 1798-1801", B.Winid "Santiago 1898"
Na początek informacja dla niezorientowanych, mianowicie skrót "HB" oznacza Historyczne Bitwy - sztandarową serię wydawnictwa Bellona, a wcześniej Wydawnictwa Ministerstwa Obrony Narodowej. W swojej ignorancji hisotyka-amatora, miłośnika historycznych opracowań o charakterze raczej popularnonaukowym, postaram się co jakiś czas napisać coś o przeczytanych pozycjach tego typu. Książki z serii Historycznych Bitew będą się zapewne pojawiać najczęściej.

Na początek dwa tytuły, poświęcone wydarzeniom, odpowiednio otwierającym epokę napoleońską i wiek dziewiętnasty oraz kończącym ów wiek.

Tomasz Rogacki znany był mi dotąd jako autor "Pruskiej Iławy 1807", czyli również opracowania batalii z czasów Napoleona. W pozycji "Egipt 1798-1801" opisał on kontrowersyjną wyprawę przyszłego cesarza Francji do kraju nad Nilem, trochę przypominającą awanturniczą wycieczkę, trochę będącą nowożytną krucjatą, wreszcie mającą być uderzeniem w Anglię, najważniejszego wroga rewolucyjnej Francji. Co ciekawe, mimo iż książka powstała parę lat przed wspomnianą "Pruską Iławą 1807", to jest ona lepiej napisana, a sposób przedstawienia wydarzeń dla przeciętnego miłośnika historii jest bardziej przystępny. We wspomnianej pozycji, o niewielkich rozmiarach, która wbrew przyjętej już w serii zasadzie poświęcona była właściwie jedynie samej tytułowej bitwie, autor zmęczył mnie opisami marszut, rozczarował suchym, zbyt oszczędnym opisem samej walki, a wszak starcie pod Pruską Iławą było jednym z najkrwawszych w epoce.

Przedstawiając wyprawę Napoleona do Egiptu Tomasz Rogacki miał większe pole manewru, mógł pisać o wielu wydarzeniach, nie tylko o charakterze czysto batalistycznym. Mamy zatem opis kraju faraonów u schyłku osiemnastego wieku, szeroko zakreśloną sytuację polityczną, motywy jakimi miałkierować się Napoleon. Ale wszystko to dość krótko i surowo. Także opis kolejnych etapów wyprawy nie zachwyca, bo brakuje na pewno tego polotu i lekkości pióra, jakimi charakteryzują się niektórzy autorzy publikujący w Historycznych Bitwach, chociażby Jarosław Wojtczak. Jednak rozległy temat pozwolił Rogackiemu nadrobić braki w stylu i przykuć uwagę czytelnika sporą dawką faktów. A przynajmniej sposób ich podania jest dość przejrzysty.

Książka jest pozycją obowiązkową, bo dotyczy pierwszego etapu marszu Napoleona na szczyty wojennej chwały, z kulminacyjnym punktem w bitwie pod piramidami. Niemniej jednak temat kampanii napoleońskich wymaga połączenia biegłości w piórze z prawdziwą pasją, wówczas ta fascynująca epoka prochu i odwagi ukazuje się w pełnym blasku. Dlatego Rogackiego osądzam surowiej.

Inaczej jest z "Santiago 1898". Bogusław Winid zabrał się za temat mało znany, konflikt między Hiszpanią a Stanami Zjednoczonymi, którego przedmiotem była wolność Kuby, dotąd hiszpańskiej kolonii. Wszystko zaczęło się od niepodległościowych ruchów na samej wyspie, któym zresztą poświęcona jest pierwsza część książki. A gdy sytuacja stała się dość skomplikowana, a wynik walk niezbyt oczywisty, do akcji włączyły się Stany Zjednoczone, które już pozbierały się po wojnie secesyjnej oraz zakończyły wojny z Indianami i rozpoczynały swoją zagraniczną politykę mieszania się w konflikty, w których widziały swój interes. Walki na Kubie były dla amerykańskiej armii, okrzepłej po wewnętrznych konfliktach, pierwszą poważniejszą próbą poza granicami kraju. Wkrótce miała nadejść pierwsza wojna światowa, a Stany Zjednoczone miały przejąć rolę światowego mocarstwa wtrącającego swoje trzy grosze do niemal wszystkich konfliktów kuli ziemskiej. "Santiago 1898" jest zatem wyjątkowo ciekawą pozycją, bo opisującą istotne dla USA wydarzenia, które dotąd w Polsce są mało znane.

Bogusław Winid w ciekawy sposób przedstawił konflikt hiszpańsko-amerykański i wcześniejsze zrywy narodowościowe na Kubie. Zachował proporcje między polityką, sztuką wojenną, opisami walk i przedstawianiem sylwetek głównych postaci dramatu. Solidnie przygotowany temat, przystępnie podany, napisany w dobrym stylu. To wszystko sprawia, że "Santiago 1898" czytało mi się bardzo dobrze i niezwykle szybko. Zaciekawiły mnie również szczególnie dwie sprawy, po pierwsze rola jaką odegrał w wojnie Teodor Roosevelt, a także fakt, iż już wówczas Guantanamo było ważnym punktem i właśnie w roku 1898 zapoczątkowna została historia amerykańskiej bazy wojskowej w tej zatoce.

Znamiane jest również, że Amerykanie wygrali wojnę po części dzięki gospodarczym i ekonomicznym możliwościom kraju. To początek wielkich przemian w sztuce wojennej, odsuwania na dalszy plan geniuszu strategicznego wodza i męstwa żołnierzy, a przejmowanie głównej roli przez ekonomię. To swoisty powrót do czasów rzymskich, w których Hannibal czy Pyrrus mogli bić w bitwach rzymskie armie, ale musieli uginać się przed gospodarczą potęgą państwa znad Tybru i jego mobilizacyjnymi możliwościami.

"Santiago 1898" godne jest również uwagi jako wciąż jedna z nielicznych pozycji poświęconych wojnom toczonym przez USA na amerykańskim kontynencie. Nawet wojnę secesyjną mamy szczątkowo opisaną, a inne konflikty, z Hiszpanią i Meksykiem jeszcze gorzej. Bellona ze swoimi Historycznymi Bitwami jest właściwie jedynym wydawnictwem przedstawiającym książki o tej tematyce. Mam nadzieję, że w miarę wyczerpywania się zagadnień z historii Polski, a także Europy, autorzy będą częściej sięgać do wydarzeń z innych stron świata. Szczególnie marzą mi się pozycje o konfliktach ze średniowiecznej Japonii.

Gwoli ścisłości wspomnieć jeszcze muszę, że oba powyższe tytuły są niemal nie do dostania i jedynym miejscem, gdzie można znaleźć pojedyncze egzemplarze i to w wysokich cenach jest Allegro.

Tytuł: "Egipt 1798-1801"
Autor: Tomasz Rogacki
Wydawnictwo: Bellona
Rok wydania: 1999

Tytuł: "Santiago 1898"
Autor: Bogusław Winid
Wydawnictwo: Bellona
Rok wydania: 1995
niedziela, 10 czerwca 2007
Zakupy z ostatniego miesiąca
Maj upłynął pod znakiem zakupów na Allegro. Jedynie parę tytułów nowszych, z księgarni, reszta to starsze rzeczy.

Po pierwsze zdobyłem wydawane niegdyś zeszytowo powieści Karola Maya, oprawione przez kogoś w twarde okładki. Do kupienia było niemal wszystko co w taki sposób się ukazało, ale jako, że parę tytułów już miałem w innych wydaniach to zdecydowałem się na: "W Kordylierach", "Old Shatterhand - Sępy sklane", "Tajmenica Piaszczystego Kanionu", "Old Surehand" oraz "Szatan i Judasz". No i jeszcze w normalnym wydaniu "Czarny Mustang".

Trochę dla równowagi, w świetnym wydaniu, w twardej oprawie, cztery książki Wiesława Wernica: "Płomień w Oklahomie", "Colorado", "Na południe od Rio Grande" i "Znikające stado". Na dokładkę wybrałem "Tomka na wojennej ścieżce" Alfreda Szklarskiego. To już klasyka.

Oprócz tej przygodowej dawki zaopatrzyłem się jeszcze w "Wielkie polowanie" Roberta Jordana, "Noc noży" Iana Camerona Esslemonta, "Bestię" Marka Świerczeka, "Miłość w czasach zarazy" Gabiela Garcii Marqueza, w całkiem fajnym wydaniu w kolekcji "Dziennika". No i jeszcze z serii "Historycznych bitew" "Sand Creek 1864" Jarosława Wojtczaka.

Komiksowe zbiory powiększyły się o ostatni tom "Sandmana".

A pierwszy czerwcowy zakup to "Sternberg" Szczepana Twardocha.

No trochę tego jest.
poniedziałek, 04 czerwca 2007
Jeszcze o nowościach
Jeszcze zapomniałem (to niewybaczalne) o trzech interesujących nowościach. "Batalista" to nowa powieść Arturo Pereza-Reverte, co tu ukrywać, długo na nią czekałem, w końcu przygody Alatriste to całkiem inna konwencja niż ta, za którą autora "Klubu Dumasa" polubiłem szczególnie.

Ciekawostka to "Dzieci Hurina" sygnowane nazwiskiem samego J.R.R. Tolkiena. W ponad trzydzieści lat po śmierci Mistrza ukazuje się dzięki pracy jego syna nowa książka, pisana przez całe życie pisarza. Nie ważne ile tu wkładu Christophera Tolkiena, to po prostu przeczytać trzeba.

I jeszcze coś z klasyki. Rebis wydał drugą część cyklu Franka Herberta w luksusowej formie. "Mesjasz Diuny" w klasycznym tłumaczeniu, pięknej twardej oprawie i z ilustracjami samego Wojtka Siudmaka. Będzie pięknie wyglądać na półce. "Diuna" już tam stoi.
Zaległości i nie tylko
Uzbierało się sporo zaległości. Przez ostatni miesiąc wydarzyło się parę rzeczy mających znaczny wpływ na ilość wolnego czasu. Przede wszyastkim znalazłem nową pracę i choć nie narzekam w niej na nadmiar roboty to jednak ograniczyła mocno ilość godzin przeznaczanych na czytanie i pisanie. A że wolę czytać niż siędzielić wrażeniami z lektury, no to nastąpiła dłuższa przerwa na blogu. Ale wracam i to z mocnym postanowieniem poprawy.

Na początek parę słów o czytelniczych i zakupowych planach. Przede wszystkim powróciłem do Stevena Eriksona i jego "Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych", brnę też przez kolejne tomy cyklu Roberta Jordana i systematycznie połykam następne tytuły z serii "Historyczne bitwy" wydawnictwa Bellona. No i jeszcze "Lata wojen" Petera Englunda, opasłe tomiszcze o wojnie trzydziestoletniej. Świetna rzecz.

A tymczasem w księgarniach pojawiło się parę interesujących pozycji, które zapewne w najbliższym czasie uszczuplą mój budżet. Były minister obrony Radek Sikorski opisał swoje doświadczenia z walk w Afganistanie w "Prochach świętych". Zapewne dla wielu sama wiadomość, że Sikorski walczył przed laty w tym kraju będzie zaskoczeniem, tym bardziej warto przeczytać.

Po latach nieobecności na księgarskich półkach pojawiają się książki Pawła Jasienicy. Na pierwszy ogień oczywiście poszła "Polska Piastów". Ładne wydanie w twardej oprawie mocno zachęca do odświeżenia domowych zbiorów. Mnie skusi, a i będzie okazja przeczytać książki Jasienicy raz jeszcze. Nie wątpię, że warto.

Eustachy Rylski, którego "Warunek" to według mnie jedna z najlepszych polskich książek ostatnich lat prezentuje nowe dzieło o tytule "Wyspa". To po prostu muszę kupić.

Rzecz już nie tak nowa, bo z zeszłego roku, ale odkryta przeze mnie niedawno to "Wieszanie" Jarosława Marka Rymkiewicza. Jestem tego bardzo ciekaw, zwłaszcza że autor bardziej dotąd kojarzył mi się z poezją, a tu mocna rzecz o mało znanym aspekcie insurekcji kościuszkowskiej. Zapowiada się bardzo smakowicie.

Parę lat temu bardzo spodobała mi się "Chmara wróbli", historia z Japonii czasów samurajów. Ukazała się część druga, zatytułowana "Honor samuraja". Tęskniłem już do świata tych okrutnych wojowników.

Z fantastyki na pierwszych miejscach listy zakupów widnieje "Wieczna wojna" Joe Haldemana i "Miasto permutacji" Grega Egana. Stary i nowy mistrz. No i starczy, bo na najbliższe kilka tygodni to i tak dawka finansowo zabójcza. A tam, może jeszcze Jacka Dehnela coś kupię, tylko nie wiem czy najnowszy "Rynek w Smyrnie", bo tańszy, czy "Lalę, bo ponoć lepsza. :-)
poniedziałek, 07 maja 2007
Wiesław Wernic "Człowiek z Montany"
Drugą książką Wiesława Wernica, którą przeczytałem jest ”Człowiek z Montany”. Wydanie nowsze, sprzed paru lat, w twardej, lakierowanej, kolorowej oprawie. Ale klimat powieści z minionego okresu, z czasów młodości, gdy zaczytywałem się chociażby w przygodach Tomka Wilmowskiego autorstwa Alfreda Szklarskiego. Świat ówczesnych fabuł opierał się na innych zasadach, zarówno ten podróżniczy drugiego z wymienionych autorów jak i westernowy, szczególnie w wydaniu Wernica. Wciąż nie potrafię zrozumieć jak to się stało, że żadna jego książka nie trafiła wtedy w moje ręce. W końcu lat osiemdziesiątych i początku dziewięćdziesiątych czytałem wszystko co można było znaleźć w pobliskiej bibliotece. I jakimś dziwnych przypadkiem chyba westernów Wiesława Wernica tam nie było. Dlatego czytając teraz ”Człowieka z Montany” mogłem na trochę stać się znowu tym młodym chłopcem, śledzącym z wypiekami na twarzy losy szlachetnych bohaterów Dzikiego Zachodu.

Dwóch głównych bohaterów powieści Wiesława Wernica, czyli doktor Jan i traper Karol Gordon udają się do Montany, by pomóc tamtejszemu hodowcy, szantażowanemu i zastraszanemu przez nieznanych sprawców. Dziwna tajemnicza sprawa, niby kryminał rozgrywany w niewielkim miasteczku i na sporej farmie w pewnym momencie wiąże się z wydarzeniami sprzed lat, krótko po wojnie secesyjnej, gdy w południowych stanach narodził się Ku Klux Klan.

Autor wykorzystuje sensacyjną fabułę, by przedstawić fragment dziejów Stanów Zjednoczonych, niechlubną kartę zapisaną przez pokonanych w wojnie domowej, toczonej między innymi o wolność Murzynów. Nie jest to wykład jaki zwykł w swoich książkach zamieszczać Alfred Szklarski, ale wykorzystanie faktów, realiów tego okresu do zbudowania ciekawej fabuły. Nie ma tu jak w ”Słońcu Arizony” starcia z wielką bandą, ryzykowania życia, dramatycznych wydarzeń pełnych rewolwerowych wystrzałów, ale są ciekawsi bohaterowie, bardzo realistycznie nakreśleni, o dramatycznej przeszłości. Wiesław Wernic postarał się by historia ludzi wplątanych w Ku Klux Klan nie była narysowana czernią i bielą, by pokazywała dramat tamtego okresu w południowych stanach. Wreszcie wspomnieć trzeba też o pędzeniu bydła, tak często pojawiającym się w westernach, któremu autor poświęcił część opowieści, wplatając wiele informacji na ten temat.

Jak przystało na porządny western, fabuła rozwija się powoli, wprowadza nas w klimat ostatniego dwudziestolecia dziewiętnastego wieku, w czasy traperów, kowboi, Indian, pędzenia bydła. I tym razem, choć padają strzały, to nie można liczyć na krwawą konfrontację, co wcale nie umniejsza atrakcyjności powieści. Świadczy to o sporych umiejętnościach autora, który by opowiedzieć ciekawą historię nie musiał uciekać się do tanich zagrywek w postaci oklepanych pojedynków w samo południe, na spieczonych słońce ulicach miasteczek. ”Człowiek z Montany” mnie nie zawiódł i z chęcią sięgam po kolejne powieści Wiesława Wernica, zainteresowany jego obrazem Dzikiego Zachodu.

Tytuł: „Człowiek z Montany”
Autor: Wiesław Wernic
Wydawnictwo: C&T
Rok wydania: 2003
poniedziałek, 23 kwietnia 2007
Zakupy w Dzień Książki
Dzisiaj święto wszystkich maniaków czytania, Światowy Dzień Książki. Z tej okazji odwiedziłem Empik, gdzie można było skorzystać z ciekawej promocji, mianowicie nabyć trzy książki za cenę dwóch. Mój wybór padł na:
- "Imperium u progu zagłady" Pawła Rochali, jednego z moich ulubionych autorów książek historycznych, który tym razem przygląda się najazdowi Cymbrów i Teutonów na Imperium Rzymskie pod koniec II wieku p.n.e., wydane przez Bellonę w serii "Wielkie bitwy - wielcy dowódcy";
- "Wyprawa Sobieskiego na czambuły tatarskie 1672" autorstwa Michała Sikorskiego, która ukazała się w nakładem inforteditions w serii "Bitwy/Taktyka"
- "Romantyzm" Grzegorza Janusza i Krzysztofa Gawronkiewicza, drugi wspólny komiks tych panów, w serii "Przebiegłe dochodzenie Ottona i Watsona"

Również Poczta Polska postanowiła uhonorować dzisiejszy dzień i dostarczyła spory pakiet książek zakupionych na Allegro, tj.:
- Karol May "Przez pustynię"
- Karol May "Przez dziki Kurdystan"
- Karol May "Upiór z Llano Estacado"
- Karol May "Syn Łowcy Niedźwiedzi"
- Wiesław Wernic "Skarby Mackenzie"
- Wiesław Wernic "Złe miasto"

A parę dni temu zdobyłem jeszcze dwie książki Karola Maya, mianowicie "Króla naftowego" i "Państwo Środka".

Teraz przyszedł czas zanurzyć się w przyjemność lektury bo sterta książek oczekujących na przeczytanie bardzo w ten sposób urosła.
Robert Jordan "Nowa wiosna"
Rozpocząłem drugie podejście do cyklu ”Koło Czasu” Roberta Jordana. Przed paru już laty najpierw uległem czarowi jego opowieści, zachwycili mnie bohaterowie, świat stojący u progu apokalipsy, oryginalnie skonstruowany, ale czerpiący z dorobku fantastyki, zarówno tej Tolkiena jak i na przykład Franka Herberta. Potem znużyły mnie podawane w małej ilości przygody, wolne tempo akcji zamykające się do tego w opasłych tomach. Trudno mi wytłumaczyć skąd pojawiła się chęć ponownego spróbowania się z dziełem Jordana. Może to jednak głód cykli, które świadczą mimo wszystko o obrazie gatunku, a jakoś ostatnio nie znalazłem zbyt wielu interesujących propozycji. Przez pewien czas koncentrowałem się na polskiej fantastyce, a tu poza Kresem nikt nie chce wracać regularnie do jednego świata, może jeszcze Brzezińska z aktualnie reanimowanym cyklem, rozpoczętym powtórnie ”Plewami na wietrze”. A i w światowej fantastyce poza Martinem i Eriksonem niewiele się dzieje na tym akurat poletku. Jakby na to nie patrzeć to Robert Jordan oferuje podróż ze swoimi, ciekawymi bohaterami, która rozpościera się już na jedenaście tomów, u nas najczęściej dzielonych na dwie części. I jest to podróż, której końca na razie nie widać, a autor zamierza ją opisywać ponoć aż do swojej śmierci. Wolałbym żeby jednak zdążył wcześniej skończyć.

Na pierwszy ogień poszła ”Nowa wiosna”, prequel cyklu, opowiadająca od wydarzeniach poprzedzających o kilkanaście lat właściwe rozpoczęcie historii Odrodzonego Smoka. Robert Jordan opisuje okoliczności, w których Aes Sedai Moiraine Damodred spotyka swojego przyszłego strażnika Lana Mandragorana. W dziejach wykreowanego przez niego świata jest to chwila dramatyczna, koniec najazdu Aielów, tajemniczych koczowników, podobnych do Fremenów z ”Diuny” Franka Herberta. Lan walczy z najeźdźcami na zboczach Smoczej Góry, a w tym samym czasie Moiraine, przygotowująca się po przyjęcia szala Aes Sedai, szkoląca się we władaniu Mocy, staje się świadkiem wypowiedzenia proroctwa o odrodzeniu się Smoka.

”Nowa wiosna” pisana jest dla miłośników cyklu, zakłada więc znajomość realiów wykreowanego świata. Stąd niezbyt nadaje się na rozpoczęcie lektury wielotomowego dzieła Roberta Jordana. Na szczęście pamiętałem wiele z niegdyś przeczytanych powieści i z łatwością ponownie zanurzyłem się w rzeczywistość Aes Sedai, potężnych kobiet władających Mocą, pełnych honoru wojowników, podłych szpiegów i zdrajców, czyhającego gdzieś wroga, którego słudzy knują intrygi, przygotowując się do kolejnego starcia o władzę nad światem. W powieści pojawiają się nawet Czarne Ajah, Aes Sedai zaprzysiężone Złemu, i to z nimi walczyć będzie musiała Moiraine, w czym pomoże jej przypadkowo napotkany Lan. Sama historia nie jest ani zbyt skomplikowana, ani nie wnosi wiele do wizerunku postaci, które pojawią się już we właściwym cyklu, o ile pamiętam, tam są one ciekawiej zarysowane, otoczone na początku mgłą tajemnicy. ”Nowa wiosna” nie zawiera żadnych fajerwerków, spodziewałem się przynajmniej jakiś opisów walk z Aielami. Tymczasem Lan potraktowany jest bardziej drugoplanowo, a zdecydowanie więcej miejsca Robert Jordan poświęcił Moiraine. Tu ciekawie prezentuje się jej pobyt w Białej Wieży, szkolenia, niepewność, strach przed rytuałem Przyjęcia. Autor udanie zestawia ją z przyjaciółką Siuan Sanche, która w przyszłości również ma odegrać znaczną rolę.

Robert Jordan tym razem przygotował miłą gratkę dla fanów, ciekawostkę bardziej niż istotną dla cyklu powieść. Taka ocena wynika przede wszystkim z przeciętności fabuły, powoli rozwijającej się i zwieńczonej jakby zbyt szybko, niby dramatycznie, a bez większych emocji. Swoją drogą pokutować tu może zniżka formy autora, którą odczuwałem przy pierwszym podejściu do cyklu. Ale jakoś mnie to nie zniechęciło do sięgnięcia ponownie po ”Oko Świata”, pierwszy tom, a nawet mam nadzieję, że raz jeszcze wciągnie mnie i odbierze sporą część wolnego czasu.

Tytuł: „Nowa wiosna”
Autor: Robert Jordan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2005
środa, 18 kwietnia 2007
Kolejna dostawa
Przez ostatnie półtorej tygodnia wszedłem w posiadanie kilku interesujących tytułów. Część zdobyta została na Allegro, część w księgarniach i na wyprzedaży w pobliskim supermarkecie. A są to:

Lech Jęczmyk "Trzy końce historii, czyli Nowe Średniowiecze"
Bogusław W. Winid "Santiago 1898"
Romuald Romański "Raszyn 1809"
Arkadij i Borys Strugaccy "Hotel Pod Poległym Alpinistą"
Arkadij i Borys Strugaccy "Niedoskonali"
Karl Wagner "Wichry cienia"
niedziela, 15 kwietnia 2007
Andrzej Zimniak "Biały Rój"
Straszenie apokalipsą wywołaną przez bombardujące kulę ziemską meteoryty ma w fantastyce długą tradycję, której niejako uwieńczeniem był filmowy „Armageddon”. Gwoli przypomnienia ludzkość przetrwała dzięki heroizmowi i poświęceniu samego Bruce’a Willisa. Zazwyczaj fabuły traktujące o takim nadlatującym z kosmosu zagrożeniu, dotyczą właśnie prób zapobieżenia katastrofie. Takie optymistyczne scenariusze są jednak możliwe tylko w przypadku gdy wędrujący przez kosmiczną pustkę zabójca cywilizacji jest osamotniony. Swego czasu w telewizji parę razy wyświetlano film fabularny przedstawiający w formie relacji dziennikarskich ostatnie godziny ludzkości, której zagładę przynosił spory rój mniejszych meteorytów. Zrobił na mnie większe wrażenie niż wspomniany „Armageddon”, chociaż nie miał tak dobrych efektów specjalnych i obsady.

Zagadnienie jest tak bardzo poruszające wyobraźnię i stanowi tak realne zagrożenie, że NASA na poważnie zajmuje się przygotowaniami do ewentualnego odparcia takiego ataku i śledzi obiekty o potencjalnie kolizyjnych dla Ziemi trajektoriach ruchu. Można zatem powiedzieć, że science fiction po części wywołała ten istotny problem istnienia naszej planety w kosmosie, który następnie został dostrzeżony przez najważniejszą agencję lotów kosmicznych i potraktowany jak najbardziej serio. Znaczenie niewątpliwie miał też fakt, że badania przeszłości naszej planety dowodzą, iż takich kolizji było przynajmniej kilka, z których jedna doprowadziła do zagłady panujących wówczas gatunków gadów.

Andrzej Zimniak to pisarz pozostający stale gdzieś na uboczu krajowej fantastyki, unikający prozy rozrywkowej, skłaniający się ku ambitnym pomysłom. Pisze niedużo, ciekawie, ale w nieprzyjaznym dla niewyrobionego czytelnika ciężkim stylu. Jego proza jest pełna emocji, opisów uczuć, specyficznej jedynie dla niego estetyki. Pewnie dlatego, mimo iż opowiadania Zimniaka oparte są na doskonałych, oryginalnych pomysłach, to nie są zbyt popularne, a dla wielu czytelników fantastyki autor pozostaje nieznany. O wartości jego dzieł świadczyć może fakt, że jest trzecim pisarzem, po Dukaju i Huberacie, którego zdecydowało się przejąć Wydawnictwo Literackie, którego nakładem ukazała się druga dopiero w dorobku Zimniaka powieść „Biały Rój”. A dotyczy ona właśnie groźby uderzenia niewielkich ciał niebieskich w Ziemię.

Punktem wyjścia dla fabuły powieści jest odkrycie na początku dwudziestego trzeciego wieku, na tle Mgławicy Andromedy rozciągniętego na miliony kilometrów obłoku lodowych brył, które zmierzają wprost ku zderzeniu z naszą planetą. Obliczenia wskazują, że do katastrofy pozostało około stu lat. Andrzej Zimniak, wyłuszczając czytelnikowi szybko, iż niemożliwe jest takie interweniowanie w przestrzeni kosmicznej w tor lotu roju, by nie uderzył on w Ziemię, przechodzi do pomysłu dokonania zmian genetycznych w człowieku, które pozwolą mu przetrwać nieuchronny kataklizm. Pomysł ten rodzi się w głowie głównego bohatera, astronoma Benona Haywicka, odkrywcy lodowego roju. Pierwsza część fabuły koncentruje się wokół prób zdobycia najlepiej nadającego się do zmian materiału genetycznego. Żeby nie było zbyt łatwo, to większość poszukiwań rozgrywa się w rzeczywistości wirtualnej.

Powieść Zimniaka przybiera charakter sensacyjny, bo naukowe poszukiwania i badania krzyżują się szybko z intrygami politycznymi, międzynarodowymi, czy korporacyjnymi. Autor prezentuje tu pewne czarnowidztwo, bo podporządkowanie czy sterowanie nauki przez czynniki polityczne i ekonomiczne jest o wiele większe niż w czasach dzisiejszych. Same twory państwowe funkcjonują w mniej demokratycznych realiach, są bliższe jeśli nie totalitaryzmowi to przynajmniej jakimś nacjonalistycznym autorytatywnym rządom. Trochę przybiera to postać charakterystycznej dla Zimniaka ironii, jak w afrykańskim Królestwie Mzinga, gdzie rezyduje główny bohater, rasy białej, od którego wymaga się zachowania pozorów upodobnienia do rasy czarnej. Chodzi więc w peruce, barwi skórę, a do przedstawicieli władzy zwraca się, jak zresztą wszyscy, tytułami rodem z czasów praktykowania prymitywnej magii. Równie niezwykle, choć już mniej oryginalnie prezentuje się VR według Zimniaka oraz szereg różnych gadżetów z cybernetycznej przyszłości. Wszystko to ma uatrakcyjnić fabułę, rozbudować ją, przez co pomysł, który mógł zostać zamknięty w dłuższym opowiadaniu, świetnie sprawdził się w pełnowymiarowej powieści.

Pomysł umożliwienia gatunkowi ludzkiemu przetrwania w skrajnych warunkach po kosmicznej katastrofie, poprzez zmiany w genotypie, swoiste wspomożenie ewolucji, powinien fascynować. Wszak jest połączeniem intrygującego zagrożenia z kosmosu z równie frapującym i jakże aktualnym tematem grzebania naukowców w ludzkich genach. Tyle, że Zimniak nie wycisnął z tej koncepcji tyle, ile zapewne zdołałby Jacek Dukaj czy takie tuzy światowej fantastyki jak Greg Egan. Brakło mu odwagi, zdecydowania, może jakiegoś grama szaleństwa. Choć sama powieść byłaby wtedy mniej przystępna, bardziej wymagająca, bo „Biały Rój”, jak na Zimniaka jest wyjątkowo łatwo strawny. Osobiście ciekawiłaby mnie również literacka wizja zderzenia zmodyfikowanego człowieka z tymi skrajnymi warunkami postkatastroficznymi. Ale narzekać nie powinienem, bo powieść Andrzeja Zimniaka wciągnęła mnie wyjątkowo mocno i aż do końca nie rozczarowała. Standardowo od razu zabrałem się za odświeżanie starych utworów pisarza, o czym wkrótce.

Tytuł: „Biały Rój”
Autor: Andrzej Zimniak
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2007
czwartek, 12 kwietnia 2007
Wiesław Wernic "Słońce Arizony"
Buszując na książkowych aukcjach Allegro natrafiłem na autora, który jakimś cudem umknął mi w okresie młodości, czy późnego dzieciństwa, a którego, według wszelkich znaków na niebie i ziemi bym wtedy pokochał. Tym nieżyjącym już pisarzem jest Wiesław Wernic, nazywany polskim Karolem Mayem. Właśnie, oto polska klasyka powieści przygodowej, rodzimej produkcji western i to w dwudziestu odsłonach.

Wiesław Wernic był wielkim znawcą realiów Dzikiego Zachodu i dziejów Indian i kowbojów. W swoim cyklu przedstawił przygody grupy podróżników, przemierzających w różnych konfiguracjach, prerie, lasy, pustynie i miasteczka zachodniej części Stanów Zjednoczonych i Kanady. Czasowo umieścił swoje fabuły w ostatnim dwudziestoleciu dziewiętnastego wieku, a więc już po wojnie secesyjnej i największych indiańskich powstaniach.

Pierwszą książką Wernica jaką zdobyłem jest „Słońce Arizony”, bodajże trzecia w cyklu, ale na szczęście, podobnie jak inne tomy, stanowi zamkniętą całość. Jan, lekarz z Milwaukee, główny bohater i narrator, po raz kolejny wyrusza na spotkanie z niebezpieczeństwem i przygodą u boku Karola Gordona, słynnego trapera, który kiedyś był jego pacjentem. Ta para przewija się przez niemal wszystkie książki Wernica, a tu dołącza do nich jeszcze między innymi półkrwi Indianin, Czarny Niedźwiedź oraz poszukiwacz złota Piotr Carr. Fabuła koncentruje się na starciu ze sprawnie zorganizowaną, sporą bandą napadającą na osadników i Indian.

Powieść czytało mi się znakomicie. Lekkie, niezobowiązujące czytadło, na góra dwa wieczory. Ale coś w sobie ma, bo przez te parę godzin lektury poczułem się jak mały chłopiec i zapragnąłem odświeżyć sobie młodzieńcze lektury przygodowe. Najpierw sprawdzam skojarzenie z Karolem Mayem, brnę przez ”Skarb w Srebrnym Jeziorze”. Tyle mogę na razie powiedzieć, że Wernic jest oszczędniejszy, jego bohaterowie nie są tak malowniczy, bo akurat we wspomnianej wyżej powieści niemieckiego autora, aż roi się od przedziwnych indywiduów. Doktor Jan, Karol Gordon czy Piotr Carr to typowo westernowe postaci, wolne jednak od przymiotów cherosów. I co ciekawe, jak w dobrych starych westernach liczy się w ”Słońcu Arizony” klimat, powoli budowany nastrój, przedstawianie poszczególnych archetypów Dzikiego Zachodu, czyli przybyłego ze Wschodniego Wybrzeża poszukiwacza przygód, trapera-przyjaciela Indian, trochę tajemniczego poszukiwacza złota, odważnych i szlachetnych Indian, szeryfa walczącego samotnie ze złymi bandytami. A dopiero na końcu dochodzi do dramatycznej konfrontacji. Wszystko to dobrze znane. Ale western należy właśnie do tych gatunków, w których takie schematy sprawdzały się dobrze, a Wiesław Wernic gra tu nimi bardzo sprawnie. Na tyle by rozbudzić we mnie uśpioną miłość do Dzikiego Zachodu.

No i wsiąkłem, rzuciłem się do wyszukiwania na Allegro innych tytułów i Wernica i Maya.

Tytuł: "Słońce Arizony"
Autor: Wiesław Wernic
Wydawnictwo: Czytelnik
Rok wydania: 1989
 
1 , 2